Świadectwo "Szarego Brata"

Kiedyś napisałem artykuł o cierpieniu. O pisałem w nim jak według mnie i mojej wiedzy teologicznej chrześcijanin powinien rozumieć cierpienie. Podzieliłem w nim, je na trzy kategorie wśród których było cierpienie osób niepełnosprawnych. Napisałem w nim "(...) Trzecim rodzajem cierpienia jest cierpienie osób niepełnosprawnych. Nie będę się rozpisywał na ten temat gdyż wiem że osobie w pełni sprawnej bardzo trudno jest zrozumieć osobę która cierpi od urodzenia.(...)". Teraz już wiem co czuje taka osoba. Jednak zacznijmy od początku.

W dniu 26 maja zeszłego roku dowiedziałem się, że czeka mnie operacja obu kolan, bo inaczej czeka mnie inwalidztwo. To był dla mnie szok. Owszem kolana bolały mnie od jakiegoś czasu (dlatego w ogóle poszedłem do lekarza), i choć mówiło się że może zajść możliwość operacji, nigdy tak naprawdę o tym nie myślałem. Ja miałby być inwalida? Uprawiałem sport od 14 roku życia (dziś mam 21 lat), osiągałem całkiem dobre wyniki, zwłaszcza w sportach siłowych które najbardziej lubiłem. Na studiach jakoś szło, miałem całkiem udane życie towarzyskie. Wraz z przyjaciółmi należałem do grupy modlitewnej, wydawaliśmy ( i nadal wydajemy) gazetkę parafialną, zainteresowałem się teologią.

Dlaczego o tym piszę? Bo teraz Widzę że w tym wszystkim było wtedy moje "ja". Mimo, że byłem osobą wierzącą, to jak teraz widzę, w tym wszystkim było tylko moje "ja". To JA dzięki MOJEMU treningowi osiągałem dobre wyniki, to JA pisałem rozważania do gazetki, wszystko robiłem i osiągałem JA, tylko JA i JA, JA. Jak zauważył z humorem ksiądz wikary z naszej parafii, wyszła z tego taka "jajecznica". Chodziłem do Kościoła, starałem się żyć według przykazań, ale tak naprawdę w planach mojego życia nie uwzględniałem planów Boga. Wydawało mi się, że to robię, w końcu co mógł Bóg dla mnie planować? Skończyć studia, założyć rodzinę - wydawało mi się to takie naturalne.

A teraz JA miałem być operowany. Na początku nie zawaliło to jakoś moich planów życiowych. Cóż, myślałem że może to potrwa miesiąc, góra dwa. Akurat chciałem zmienić uczelnię więc nawet jeżeli sprawa by się trochę przeciągnęła (miałem być operowany na początku sierpnia) i nie zdążyłbym na październik to mogłem zawsze zacząć naukę w lutym. Nadal nie myślałem o tym jak o doświadczeniu dopuszczonym do mnie przez Boga abym pomyślał nad sobą, a tylko o jako niedogodności w realizowaniu planów życiowych. Pierwsze uderzenie nastąpiło gdy dowiedziałem się, że obie nogi będą operowane oddzielnie, każda musi być po sześć tygodni w gipsie i miedzy jedną a drugą operacją musi operowana po zdjęciu gipsu przejść rehabilitację. Lekarze mówili o roku, ewentualnie 9 miesiącach, razem z rehabilitacją. Pierwsza operacja odbyła się 27 lipca 2000 roku. Potem walka z bólem, nauka chodzenia o kulach. 6 września zdjęto mi gips, zwykle po 6 tygodniach rozćwiczenie nogi zajmuje 2-3 tygodnie. Mi się udało w 1 dzień. Tak bardzo chciałem żyć nadal według swoich planów. Bóg przychodził do mnie w moich przyjaciołach, w księdzu który mnie odwiedzał, a ja nadal myślałem tylko o tym jak zaplanować sobie przyszłość i oby ona nastąpiła jak najszybciej. Jako że znam się trochę na rehabilitacji (w końcu byłem masażystą na pielgrzymce) przebiegała ona dość szybko. Drugą nogę miałem operowaną 7 listopada. Gips został zdjęty 18 grudnia i na święta byłem w domu. Znalazłem sobie szkołę i wszystko miało się dobrze skończyć. Rehabilitacja co prawda się trochę przeciągała - ciągle kulałem. Teraz już wiem, że prawdopodobnie będę kulał już zawsze. Zrozumiałem, że to wszystko spotkało mnie bym wreszcie przestał myśleć "JA coś zrobię... JA to, JA tamto". Bóg uświadomił mi że bez Niego tak naprawdę nic nie znaczę.

Czasami nadal pytam samego siebie: Czy naprawdę moja pycha była tego warta? Wszystkie moje plany runęły. Marzenia jakie miałem były związane z uprawianiem sportu. Początek nauki musiałem odłożyć do października tego roku. Pracę znaleźć w tej chwili będzie mi ciężko, w dodatku kuleje, więc nie go każdej pracy będę się nadawał. Wręcz zadawałem sobie pytanie: czy to jest sprawiedliwe? Wtedy przez "przypadek" przeglądając stare papiery znalazłem cytat z mojego artykułu: "tak naprawdę nie istnieje definicja sprawiedliwości nie odwołująca się do Boga(...) jedyna jaka istnieje [definicja sprawiedliwości] to taka: Bóg jest Sędzią Sprawiedliwym". Tak łatwo było to wtedy napisać! A jednak to prawda. Wiem że to co mnie spotkało ma jakiś sens. Wiem, a mimo to przez to że mam tą wiedzę nie jest mi lżej. Nie potrafię w tej chwili ani marzyć (jak uprawiać sport kulejąc?! Wiem, że są zawody dla inwalidów, ale to nie to), ani planować przyszłość. Wiem że to należy do Boga, ale człowiek zawsze chciałby usłyszeć coś konkretnego. Tak bardzo byłem przywiązany do wyobrażenia swojej przyszłości, że teraz trudno mi planować następny dzień. Wiem że Jezus już zaczął leczyć moje serce, tylko brak mi cierpliwości i umiejętności zawierzenia Bogu.

Szary Brat

Do góry

Serwis szara.jezuici.pl korzysta z plików cookie. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce. Poznaj szczegóły polityki cookies. Zamknij