AKCEPTACJA SIEBIE

Z naszą relacją z Bogiem i obrazem Boga jaki nosimy bardzo ściśle związana jest sprawa akceptacji siebie.

Akceptacja siebie jest jedną z najbardziej podstawowych potrzeb człowieka. Szereg zakłóceń naszej relacji z Bogiem, naszej służbie Jemu, wynika z nieakceptacji. Niezaspokojona potrzeba akceptacji siebie jest dziś zjawiskiem powszechnym. Jest ona źródłem wewnętrznych konfliktów, napięć, niesamowitych dramatów. W takiej sytuacji człowiek próbuje sobie jakoś radzić. Albo więc odchodzi, ucieka w samotność, zamyka się we własnym świecie, zamyka się na innych i na siebie. Niejednokrotnie ucieka w fantazje, książki, studia, pracę, życie towarzyskie, nałogi, seks, itp. Taki człowiek nie umie być z innymi nawet wtedy, gdy przebywa w ich towarzystwie, nie wyraża siebie, posługuje się sloganami, ulega modzie. Albo też człowiek próbuje się dopasować do środowiska, do jego oczekiwań, na siłę udaje, że jest inny, robi wszystko, by być zauważonym, przyjętym, by się innym przypodobać. Taki człowiek boi się być sobą, nie potrafi się określić.

Brak akceptacji prowadzi do ciągłego życia w napięciu i niepokoju, nie zawsze uświadomionego, stąd nieświadome ucieczki w nałogi, seks, agresję. Osoba, która nie akceptuje siebie, nie potrafi uwierzyć w bezinteresowną miłość, czy przyjaźń. Uważa, że przyjaźń, serdeczność, drugich można jedynie kupić lub zapracować na nią swoim wysiłkiem.

Podobna trudność rodzi się w relacji z Bogiem. Osoba nie akceptująca siebie nie potrafi uwierzyć w bezinteresowną miłość Boga do niej. Więź z Bogiem u takiej osoby ogranicza się do wykonywania, czasem bardzo skrupulatnie, praktyk religijnych, przestrzegania prawa, aby zasłużyć na miłość Boga i na nagrodę życia wiecznego. Trudno takiej osobie przychodzi wiara, zawierzenie Bożej miłości, oddanie się miłosiernej miłości Boga.

Brak akceptacji siebie wpływa niekorzystnie, zakłóca, zatruwa nasze relacje z innymi ludźmi, a także samym Bogiem. I odwrotnie - brak właściwej relacji z Bogiem, negatywny obraz Boga, jaki wielu ludzi nosi od dzieciństwa, jest źródłem tej właśnie nieakceptacji siebie. Zamyka się błędne koło. Jak go przerwać?

Najgłębszą podstawą akceptacji siebie, przyjęcia samego siebie do końca jest to, że jesteśmy przez Boga stworzeni z miłości. Świat i człowiek jest stworzony nie z niczego, ale z miłości - i człowiek jest od początku (nie za dobre czyny) ale od początku kochany i chciany. Każdego z nas Bóg kocha takimi, jakim jest dzisiaj - grzesznym i niedoskonałym. Bóg umiłował nas od początku - jak mówi św. Jan: "Bóg umiłował nas pierwszy, gdyśmy byli jeszcze grzesznikami" (1 J 4,9), kiedy tak po ludzku patrząc nie zasługiwaliśmy na miłość. Bóg do końca przyjmuje każdego człowieka takim, jakim jest teraz, nie czekając aż ten człowiek dorośnie do pewnego stanu, w którym będzie już choć trochę godny jego miłości. To jest podstawa Dobrej Nowiny - że Bóg jest Miłością że nas kocha bezinteresownie, dlatego że jest naszym Stwórcą. Ta właśnie prawda jest jedynym trwałym fundamentem samoakceptacji, czyli przyjęcia siebie do końca.

Psychologia także daje racje za akceptacją: bo tak lepiej dla ciebie, bo to ważne, bo się zrealizujesz, rozwiniesz... racje są ważne, ale dla wielu niewystarczające. Wychodzą naprzeciw najgłębszej potrzebie człowieka: by być kochanym, a więc przyjmuje do końca nas. Tu jest przerwanie błędnego koła: jestem kochany, więc mogę kochać. Jeśli podstawą naszej akceptacji od strony drugiego człowieka będzie, że drugi człowiek mnie akceptuje, przyjmuje do końca, to ta podstawa może się zachwiać. Człowiek każdy - może zmienić zdanie, może mnie lepiej poznać i odrzucić.

Zaakceptować siebie, to oznacza odnaleźć swoją tożsamość, swoje najgłębsze powołanie, które jest niepowtarzalne, które wiąże się z darami osobistymi. Zaakceptować siebie, to oznacza wreszcie odkryć imię, którym nazywama mnie Bóg. Doświadczenie akceptacji od strony drugiego człowieka jest pomocą w samoakceptacji, ale jedyną trwałą podstawą jest miłość Boga. (Tak się ma u człowieka dorosłego, natomiast dziecko nie jest w stanie (z zasady) poznać miłości Boga, jeśli nie jest kochane, jeśli nie dostarcza miłości od rodziców lub opiekunów.

Drugą podstawą samoakceptacji jest nasze posłuszeństwo miłującemu nas Bogu. Bóg w swojej miłości - wzywa nas do miłości: "Będziesz miłował Pana Boga swego, a bliźniego swego jak siebie samego". Jesteśmy stworzeni do miłości, a więc do relacji, do Komunii z Bogiem i z braćmi. Niemożliwe jest zaś pokochanie, przyjęcie drugiej osoby bez pokochania i przyjęcia do końca siebie. Miłość siebie jest miarą miłości bliźniego ("... jak siebie samego"). To przykazanie mówi o miłości siebie. Nie chodzi tu o egoizm, czy egocentryzm. Chodzi o autentyczną miłość - taką miłością nigdy nie kochamy za dużo. Chodzi tu o miłość, która wypływa z przyjęcia tego, że dla Boga jestem kimś drogim, cennym, jestem kimś jedynym.

Autentyczna miłość zawsze jest spotkaniem. Wyraża się we wzajemnej komunikacji, ale zanim będzie możliwa komunikacja między osobami, musi być możliwa komunikacja ze sobą samym. Trudno spotkać innych w prawdzie, trudno ich zrozumieć bez uprzedniego spotkanie z sobą w tym, co najgłębsze i fundamentalne.

Prawdziwa miłość siebie, przyjęcie siebie do końca, to coś bardzo konkretnego, to jest bardzo konkretny proces:
- aby przyjąć siebie do końca, trzeba się poznać, miłość wypływa ze spotkania, a w spotkaniu jest poznanie. By móc cokolwiek pokochać i zaakceptować, trzeba wpierw poznać to. Trzeba więc poznać to, co mnie tworzy od wewnątrz i co mnie tworzy od zewnątrz. Poznajemy najpierw nasz wewnętrzny świat, siebie w relacji do siebie samego - jaka jest struktura mojego "ja" - moje "ja" cielesne (płeć), moja osobowość, charakter, temperament, moje predyspozycje, talenty, ograniczenia, moje niepewności, lęki, obawy, pasje, rozczarowania, radości. Trzeba wydobyć to na światło dzienne, by zobaczyć, co mnie kształtuje. Przyjęcie tego nie umniejsza mnie, ale pozwala mi żyć wprawdzie. Dopiero, kiedy człowiek przyjmuje siebie "w całości" może zobaczyć to, kim jest, także od strony pozytywnej.

Trzeba też zobaczyć nasz świat zewnętrzny - siebie w relacji do innych ludzi - rodzice, środowisko, z którego wyszedłem, historia mojego życia, ludzie, którzy na tę historię się składają, relacja do obowiązków... Chodzi więc o przyjęcie tego wszystkiego, co składa się na moje życie - na moją przeszłość i teraźniejszość. Nie przyjęcie przeszłości powoduje jedynie większy ból. Pomocą w przyjęciu - jest to podstawowa motywacja, że Bóg wszystko zna i mnie przyjmuje do końca.

Oczywiście, proces akceptacji siebie może trwać długo i się pogłębiać. Niezmiernie jednak ważne, aby rozpoczął się w konkretnym historycznym momencie od pierwszej, konkretnej, świadomej decyzji przyjęcia daru swojego życia, czyli wyrzeczenie się pretensji do własnego istnienia. Jest to pierwszy, fundamentalny krok, za którym powinny pójść następne.

Do góry

Serwis szara.jezuici.pl korzysta z plików cookie. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce. Poznaj szczegóły polityki cookies. Zamknij