...i stopy ranić ostrzem skał...

Gdy człowiek wychodzi w góry
O niego się boi przyjaciel, który
Zostaje w dolinie, sam w ciepłym domu
O trosce powiedzieć swej nie ma komu
A człowiek samotnie swą ścieżką kroczy
Stopami po grzbietach skalistych zboczy
Do góry, za krokiem krok, z trudem, powoli
Kształtuje za sobą szlak krokiem woli
Po grani, po skale, aż dotrze na szczyt
Gdzie wstaje codziennie wcześniejszy świt
Gdzie chmury nie kryją promieni słońca
Gdzie można rozpoznać istotę końca
Przez czyste powietrze, przez niebo bez chmur
Dojść można do Boga na szczytach gór

© Sławek Skrzeczyński
Warszawa, Sede Vacante 2005

Do góry

Serwis szara.jezuici.pl korzysta z plików cookie. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce. Poznaj szczegóły polityki cookies. Zamknij