„Pełna łaski”

5-15 sierpnia 2011 r. „Pełna łaski”… nie wiem, nie do końca, dlaczego trzeci już raz decyduję się ruszyć w drogę z WAPM. Zgłaszam się do zapisów w  krużgankach kościoła św. Anny, zastanawiając się, z którą z grup mam pójść. Nie chcę hałasu, rac dymnych, ryku wuwuzeli, dość mam też egoizmu, który tak bardzo raził mnie przed rokiem, w moim odczuciu godzącego w charakter pielgrzymki, zależy mi raczej na serdecznych relacjach i na poczuciu wspólnoty z tymi, co na szlaku. Mam jednak w rodzinie niejakie tradycje mundurowe, tak więc pierwsze, co przychodzi mi na myśl, to harcerze, jezuicka Grupa Szara, jak sami mówią o sobie, „szaracy”. Po półgodzinnej rozmowie i wypytaniu o wszystko – wspólne posiłki, apele, dodatkowe ustalenia – zapisuję się, znowu z poczuciem, że chyba oszalałam. 

5 sierpnia, pobudka trzecia rano. Spałam wszystkiego może trzy godziny. O czwartej ładuję bagaż – potwora do bagażnika sąsiada. Mamy przed sobą godzinę drogi, ale ulice o tej porze są puste, w Warszawie więc melduję się o czasie, nadaję bagaż i obowiązkowo podpisaną miskę, na razie czyściutką, choć po paru dniach mycia antyalergicznym szarym mydłem znowu pokryje się warstwą osadu, do którego usunięcia potrzebne będzie pól litra płynu do zmywania naczyń albo i granat bez mała. Z Placu Teatralnego biegiem do św. Anny. Słońce złoci fasady staromiejskich kamienic, w kościele tłoczno, a i na zewnątrz kłębi się, faluje tłum, na oko jakieś trzy, może cztery tysiące. Jeszcze chłodnawo, jednak w powietrzu czuć już nadchodzący upał. Martwię się trochę, bo na najbliższe dni zapowiadane jest załamanie pogody, gwałtowne fronty burzowe, a potem tygodniowe ulewy. Jak iść w takich warunkach? Odganiam jednak ponure myśli, rozglądam się, ze wzruszeniem obserwuję znaki grupowe, flagi, tuby, proporce, kolorowe pióra. Tłum u wejścia gęstnieje. Ktoś z rozpędem rzuca mi się na szyję, ktoś prosi o modlitwę, pytają, w której grupie, pozdrawiają, sama też rozpoznaję znajome twarze. I już msza, znowu siedzimy na karimatach, słuchamy Słowa, przez wzgląd na które wybieramy się w drogę i które chcemy o tyle rzeczy prosić. Piękne kazanie arcybiskupa K. Nycza. Już Komunia, a potem pożegnanie. To, na co wszyscy czekają, godziny wyjść, i oczywiście „Idźcie w pokoju Chrystusa”... zawsze uderzało mnie, jak szczególnego znaczenia nabierają te słowa na pielgrzymce! Msza dobiega końca i wielobarwny tłum wylewa się na Plac Zamkowy, sprawiając, że z ziemi podrywają się stada gołębi. Rozglądam się. Wzrok od razu wyławia starych wyjadaczy, tych, którzy idą nie pierwszy raz i swoje już widzieli. Oprócz koszulek z ubiegłych lat, które mogą być przy ocenie zawodne, łatwo ich poznać po odpowiednim obuwiu, skarpetach, sportowych spodniach z mnóstwem kieszeni, a nawet po sposobie upakowania i wielkości plecaków. Wychodzimy. Przed nami wojsko, potem parę innych grup. Piątek, dzień pracy, więc nie ma co liczyć na wielkie pożegnania, zapracowana Warszawa pozdrawia nas zdawkowo, odnoszę nawet wrażenie, że czasem zgrzyta zębami, stojąc w długich korkach. Niektórzy udają, że nie widzą ani nie słyszą; ci odwracają twarze i przyspieszają kroku. A my - idziemy. Idziemy. Mamy przed sobą dziesięć dni i do przejścia całe trzysta km. 

Na pierwszy postój wchodzimy śpiewając w rytmie poloneza: „Panu naszemu pieśni grajcie, wysławiajcie Jego święte imię.” Tak bardzo na to czekałam; wzruszenie dławi w gardle, odwracam twarz, patrzę w niebo w nadziei, że nikt z szaraków nie zobaczy, że płaczę jak dziecko. Kościół wita nas biciem dzwonów, jest nawet poczęstunek i pyszne małosolne ogórki... Na pierwszy obiad docieram z asfaltówką; choćbym się nie wiem jak starała, nie wiem jakich sposobów się imała, paskudztwo zawsze wygrywa. Ściągam spocone skarpety i z uczuciem rezygnacji znajduję wokół kostek zaognione, spuchnięte, piekące uczulenie, które za chwilę wywoła u mnie gorączkę. Przed wyruszeniem zastanawiałam się, czy nie pomoże wielokrotne płukanie odzieży w czystej wodzie; teraz mam na to odpowiedź... Na pierwszy nocleg w Gawartowej Woli dochodzę nie dość, że z gorączką z powodu asfaltówki, ale i z odciskami, burchlami (zwykle ich nie mam) i jeszcze z odbitymi stopami na dodatek. Cóż, na 40 km asfaltu nie pomagają nawet sprawdzone trekkingowe buty z grubą amortyzacją. Z bólu i wyczerpania ledwo się wlokę i czuję się tak, jakbym dostała udaru. Mycie za stodołą w lodowatej wodzie – pospieszna prowizorka, bo z okolicznej trawy podrywają się chmarami i tysiącami rąbią nas komary. Siana w stodole nie ma; leżymy na betonie. Gorączka nie pozwala mi zasnąć. Przez pół nocy szczekają psy, a o pierwszej szarówce przedświtu daje się nam we znaki jakiś oszalały kogut. 

Mijają dni, zaczyna odzywać się rutyna. A wraz z rutyną powraca żelazna wytrzymałość, wspierana dzielnie co wieczór przez nasze służby medyczne. Nie liczę już kilometrów ani nie czekam na nocleg, walczę jedynie, by dotrwać do końca etapu, dotrzeć do kolejnego postoju. Staram się przy tym iść z podniesioną głową, zauważać krajobraz wokoło, żeby nie złapać przypadkiem „pielgrzymiego zwisu” i nie wlec się chwiejnie przed siebie ze wzrokiem drętwo utkwionym w asfalcie lub w stopach tych, którzy idą przede mną, a na które zarówno miłość bliźniego, jak i własna potrzeba równowagi nie pozwalają nadepnąć. Grupa idzie równo, sprawnie, i co rzadko się na pielgrzymce spotyka, prawie bez ogona. Jeśli już, to jedynie z powodu tych, który na moment urwali się za potrzebą. Gdy pada hasło wymarszu, szara podrywa się i wychodzimy w minutę. Do kościoła wchodzimy wszyscy, odprowadzając krzyż – jeśli jest – oraz znaczek aż do samego ołtarza. Na nocleg też docieramy, idąc przepisowo, nie ma zatem szaleńczych, „samopańskich” wyścigów do stodół, które zaczynały się zwykle zaraz po wejściu do wsi. Na czas pielgrzymki tworzymy małą wspólnotę, w której zamiast zasady „kto pierwszy ten lepszy” obowiązuje prawo Nowego Testamentu: ostatni będą pierwszymi, a jeśli kto chce być pierwszy pośród was, ten będzie wam służył. 

Szaracy, kochani szaracy. Radośni, czasem wygłupiający się trochę, ale zawsze pomocni i we wszystkim życzliwi. Zresztą, czego innego miałabym się spodziewać po grupie harcerzy? Te dziesięć dni pielgrzymki minęło mi na braterstwie i wzajemnej współpracy. Mimo radości i wyczerpania na każdym kroku karność, posłuch i znakomita wręcz organizacja. Bracia, zanoszący siostrom bagaże do stodół, ba, nierzadko nawet rywalizujący ze sobą o to, kto zaniesie najcięższe plecaki, w tym i mojego wojskowego potwora. Punktualne wymarsze o świcie. Wspólne śniadania i kolacje, przygotowywane przez nasze służby kuchenne (składające się z ochotników, których jakoś nie było trzeba wyciągać z tłumu za uszy) i zawsze poprzedzone słowem modlitwy. Medycy, aż do apelu opatrujący nam nogi, przekłuwający bąble, okładający stopy wyciągiem olejowym, częstujący nas słodyczami i – dla chętnych – smarowidłem przeciwko asfaltówce, służący nawet masażem w przypadku zapalenia stawu albo ścięgien. Pobudki, nie byle jakie, ale z muzyką, z fasonem: bracia „tubaci” wyrastający u wejścia do stodoły i czekający do ostatniego siostrzanego padalca, a w tubach same przeboje, nawet najlepsze kawałki z „Władcy Pierścieni” i ... Wagner. Ile energii trzeba mieć w sobie, żeby oprócz plecaka taszczyć ze sobą cały Boży dzień łuk z patyka, drewniany miecz oraz topór zbity z jakichś znalezionych – oby nie wyrwanych z płotu – desek? Szarzy bracia porządkowi – istna ostoja życzliwości i osobistej kultury (pierwszy raz się spotkałam z tak ujmującym uśmiechem zapraszającym do podtrzymania kabelka i z taką troską o bezpieczeństwo sióstr i braci, którzy z oczywistych przyczyn pozostali w przydrożnych krzaczkach), a przy tym wulkan energii, przejawiający się w przedziwny sposób, jak choćby przy budowaniu trzypiętrowej wieży czy pasowaniu na „muła”. Bezcenna rzecz: łyk wody, kiedy dwoje maluchów z grupy wybiega przed szereg i przystaje na środku drogi, dając pić po kolei wszystkim spragnionym wędrowcom. Szkoła życia i wielka szkoła braterstwa: wszyscy razem – w Chrystusie – w drodze do Niej, do Jasnogórskiej Matki. 

Dzień za dniem upływają i stopniowo zaczynają się zlewać w jedno. Msza w Niepokalanowie i siostry w Szymanowie, witające nas w skwarny dzień obiadem. Wspaniała msza w Miedniewicach i biskup Zawitkowski ze swoim poruszającym kazaniem o trójce wielkich Polaków: Maksymilianie Kolbe, kardynale Wyszyńskim i Janie Pawle II. Dotyk nadziei, wiary, ufności, mocy Ducha. Tu po raz pierwszy czuję, że zdołam, że dojdę. A sam ksiądz biskup prosty, niespotykanie serdeczny; pytam znów sama siebie, jakiej miłości, jakiej pokory trzeba, by tak przyjaźnie odnosić się do pielgrzymiego tłumu, by – mimo godności biskupiej – pozwolić sobie na płynące 
prosto z serca, wzruszające słowa o naszych utrudzonych stopach. Upał, słońce, które praży nas na asfalcie jak piec do wypalania brązu, i ta ogromna duchota, co nie pozwala oddychać. Potworna burza tuż po dotarciu wieczorem do stodoły; modliłyśmy się wówczas z jedną sióstr, żeby dachu nam nie zerwało... wieczorna próba grupy muzycznej, a potem rano, gdy nasi zapewniali szatę muzyczną do mszy, na gitarze i flecie, przepięknie: „Shema Israel”... krzyż w szczerym polu, pod którym witał nas ksiądz Siekierski... wianki, to już czwartego dnia, wieczorne święto z polonezem, kiedy w tańcu gubiłam klapki, i symboliczny wianek, który znalazł uznanie, spleciony z kwiatów i z gałązek akacji... nasze wieczorne apele, ognisko, z którego pamiętam opowiadanie o kurze, połączone z jakże spektakularnym startowaniem przerażonego kurzęcia… Msza św. w Czerniewicach, gdzieśmy po Eucharystii tak śpiewali, że nikt nie chciał z kościoła wyjść, ziąb i przelotny deszcz w Smardzewicach... pierogi w Spale (w życiu ich tyle nie zjadłam), potem straszne komary po drodze i zapalenie stawu, na które najlepszym lekarstwem okazało się 45 km na piechotę następnego dnia (opuchlizna ustąpiła trochę, sprawdziłam)... most w Sulejowie o świcie i ten piękny, łowicki w stylu kościół, gdzieśmy wszyscy ze 
zmęczenia pomimo wspaniałego kazania trochę przysypiali... półgodzinne postoje zdają się trwać pięć minut, niewiele dłużej przerwy obiadowe; o, zaiste, pielgrzymem musiał być ten, kto stwierdził, że pielgrzymka to wielki zbiorowy odpoczynek przenoszony z miejsca na miejsce! Ósmego dnia tęcza po dojściu na nocleg, właśnie w chwili, gdy się dowiaduję, że jedna z moich intencji została wysłuchana... tęcza zniknęła, gdy tylko wróciłam do stodoły... ostatni apel po dojściu do Jaskrowa, „Twoje ręce to mój ląd…” i ta wielka, ogólnopielgrzymkowa zabawa, w której nawet zakopane w siano musiałyśmy niestety z siostrami za pośrednictwem zmysłu słuchu uczestniczyć... i już koniec – Jasna Góra – na głównym trakcie wita nas niespodzianie ksiądz kardynał Kazimierz Nycz. Klękamy przed wałami, a potem wejście pod obraz... nie mam już sił się modlić, nie mam sił, by przypomnieć sobie to, o co miałam poprosić – i jeszcze tylko ostatnia Msza św. w ogrodach, siedzimy jak u Pana Boga w raju na zielonej trawie, Komunia św. w cieniu drzew, pierwszy raz w życiu pod dwoma postaciami. 

Pamiętam niekończące się kilometry asfaltu, lasy, komary, piach. Kurz włażący w zęby, chociaż po tegorocznych ulewach i tak było go niewiele, światło rankiem w stodole, ścielące się na zwisających z belki źdźbłach słomy. Porywający dźwięk gitary, gdyśmy wchodzili do sanktuarium w Niepokalanowie i śpiewali: „Pokorna Służebnico” dumnie, z mocą, ze wszystkich sił... Godzinki, których nauczyłam się na pamięć, a których zawiłości tak składnie nam objaśniano po drodze, droga krzyżowa, różańce i wszystkie nasze intencje, któreśmy w sercach nieśli, zawsze te same: o zdrowie, łaskę, miłość, nawrócenie, dobrą pracę, lekką śmierć, wyrwanie się z nałogów... wysiłek, ogromny wysiłek, narastający ból nóg, ludzie, witający nas po wsiach, pozdrawiający nas na rozstajach, na skrzyżowaniu dróg, karmiący nas na postojach i przy drodze... nikt się nie poddał. Nikt z nas nie wrócił. Tylko jeden mały chłopiec, którego ojciec z powodu gorączki do domu odesłał... pamiętam polonezy i menuety na przerwach, daremne próby wykrzesania z siebie choć odrobiny energii, krzyż, który towarzyszył nam na większości etapów i którego nikt nawet na moment nie postawił, małżeństwo, które szło z nami z malutkimi dziećmi, dziadek w harcerskim mundurze na wózku inwalidzkim (śp. ojciec Jurek Świerkowski SJ - przyp. webm.), który pchaliśmy przed sobą przez część drogi, nawet ten postój na obiad w Jeruzalu, gdzie jedyny kawałek cienia, jaki udało się znaleźć, był tuż pod bramą cmentarza, tak że z konieczności połączyliśmy skutecznie odpoczynek dzienny z wiecznym... doświadczenie z pogranicza tego, co człowiek jest w stanie znieść – bardzo piękne, ale i bardzo trudne zarazem doświadczenie.

Pielgrzymka to dźwięk. Tak myślę. Twardy łomot nóg po asfalcie, miękkie zapadanie się sandałów w piach, potykanie się o wystające korzenie czy kamień toczący się w poprzek drogi na jakiejś leśnej przecince. Szelest płaszczy i kurtek przeciwdeszczowych. Słowa modlitwy, wymawianej bezgłośnie, gdy towarzyszy temu poczucie oddania, uniesienie ku górze pustych rąk, i tej wspólnej, czasami mówionej, czasem też śpiewanej... radość, także ta wspólna, „ekumeniczna”, jak żeśmy żartowali, gdy jednej z grup tuż przed Brzustowem padło zasilanie w tubach (oczywiście grupie Zielonej :) - przyp. webm.) i przyłączyli się do nas... płacz. Dobre słowo. Napastliwe bzyczenie komarów. Zwielokrotniona przez echo Maria, Regina Mundi, gdyśmy czekali na wejście do kaplicy... Maryjo, Królowo Polski co wieczór na apelu... trochę zabawy, oklaski, gimnastyka, śmiech, kiedy nam muzyczni i ksiądz przewodnik aplikowali kolejną porcję ćwiczeń... łomot w krzakach. Wołanie: Bracia tubaci, do tub...” „Szara siostro, szary bracie, jeśli jeszcze zakładasz skarpetki... jeśli... jeśli... to wiedz, że Szara już poszła...” po nocach śni mi się, że wciąż idę. I może idę – naprawdę. 

Dziękuję wam, kochani, wszystkim razem i każdemu z osobna. Dziękuję Wam za wasz trud i życzliwość, za wasze wsparcie w drodze, za każde dobre słowo, każdy łyk wody, kiedy upadałam ze zmęczenia. Za tę ogromną lekcję, której mi udzieliliście, nawet ci najmniejsi spośród was. Dziękuję naszym księżom: przewodnikowi P. 
Witkowskiemu, M. Gutkowskiemu, W. Kobylińskiemu, A. Partice, P. Kowalskiemu, P. Paniczowi, G. Wojtek, K. Augustyniakowi, K. Mrówce, A. Szymańskiemu i bratu z Białorusi B. Nikołajewowi. Szczególne słowa podziękowania pragnę również skierować do ks. Czesława Sobolewskiego – za jego konferencje w drodze i za to, że nie uląkł się zajrzeć w głąb mojej duszy, do czego, jak sądzę, zrządzeniem Bożej Opatrzności ma niespotykane wręcz predyspozycje. Raz jeszcze: zostańcie z Bogiem i do zobaczenia na szlaku!

Ania G.

Serwis szara.jezuici.pl korzysta z plików cookie. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do cookie w Twojej przeglądarce. Poznaj szczegóły polityki cookies. Zamknij